Ivan stał z przerażoną miną na przystanku, wpatrując się
rozszerzonymi do granic możliwości oczami w rozkład jazdy. Przez chwilę
wyglądał tak, jakby chciał ową tabliczkę zniszczyć, bądź przejechać, rozdeptać,
spalić i rozwiać na cztery strony świata za to, co mu zrobiła.
A jak do tego
wszystkiego doszło? To długa i wręcz nieprawdopodobna historia. A było to tak…
Rosja zadowolony z
siebie, wpatrzył się w wypolerowany własnoręcznie czołg, pękając z dumy. Jego
„Mały Arti” prezentował się świetnie z wymalowaną na lufie flagą Angli.
Rozczulony mężczyzna poklepał po gąsienicy swoje „maleństwo” i wsiadł do środka
by udać się na codzienną przejażdżkę z substytutem jego ukochanego.
- No już, moje maleństwo, już Arturku mój drogi jedziemy.-
Mówił do czołgu pieszczotliwie, zamykając za sobą właz. Nikt, ale to nikt nie
posądzał groźnego, wielkiego Ivana o coś takiego. A już tym bardziej nikt nie
posądzał go o wielką miłość do pana Arthura Kirklanda. W końcu byli wrogami.
Ba, prowadzili wojnę, rywalizowali ze sobą w szachach i innych grach takich jak
„monopoli”, czy też tenis. Któż to wiedział, że serce Ivana od dawna należało
do niepozornego Anglii?
Po niecałej godzinie
jazdy przez las zdarzyła się rzecz przeokropna, która doprowadziła drogiego Rosję
na skraj depresji. Jego ukochany stanął w środku lasu! Skończyło się im …
paliwo. Przez to przed białowłosym powoli tworzyła się wizja wracania do jego
domku wypoczynkowego na piechotę. Wielki Ivan miał wracać do domu na PIECHOTĘ!
Na szczęście dumnemu
posiadaczowi fioletowych oczu przyszedł do głowy pomysł otworzenia telefonu i
sprawdzenia zasięgu, który O ZGROZO był. I to aż dwie kreski!
Szczęśliwy Ivan
wystukał numer pomocy drogowej, kompletnie ignorując fakt, że znajdował się w
środku lasu, a pomoc drogowa zwykle pomagało w naprawie samochodów, a nie
wielkich, błyszczących czołgów.
Gdy w końcu nadjechał
długo wyczekiwany pojazd białowłosy niemal podskoczył z radości, jakże wielki
zawód go czekał, gdy wystraszeni cywile, widząc „Małego Artiego” wpadli w
popłoch i wtepędy uciekli gdzie pieprz rośnie.
Ivan momentalnie
poczerwieniał, widząc takie zachowanie. Zaczął biec za autem przez las pełen
pokrzyw, tak, pokrzyw, krzycząc głośno „tavariszu, stójcie!”. Oczywiście
spanikowana pomoc drogowa nie usłuchała, a przyspieszyła jedynie tempo
ucieczki. Nawet nie dali sobie wytłumaczyć, że Rosji potrzebne jest paliwo do
jego ukochanego czołgu.
Fioletowooki się
dzielnie nie poddawał dalej pędząc przez las. Bo czego by nie zrobił dla
swojego małego „Artura”, który czekał na choćby kroplę życiodajnego paliwa?
Czemu ta niewinna
przejażdżka musiała się tak skończyć? Przecież tak dobrze przejeżdżało się im
czerwone muchomory!
W końcu zdyszany
Rosja potknął się o krawężnik, który pojawił się niewiadomo skąd i niewiadomo
kiedy, ryjąc twarzą o ziemię tuż przed asfaltem. Od razu po okolicy rozniosły
się wrzaski cierpiącego Ivana, który groził temu złemu światu wywołaniem III
wojny światowej, poniszczeniu wszystkich krawężników świata swymi czołgami i
wystrzelaniem pracowników pomocy drogowej kałasznikami.
Przygnębiony
białowłosy po jakimś czasie podniósł się ze ściółki leśnej, otrzepał mundur z
liści i łaskawie rozejrzał po okolicy. Podświadomie szukał dużego napisu
„Shell”, jego ukochanej i zaufanej stacji paliw, która po uczciwej wymianie
gróźb na paliwo uratowałaby honor jego maleństwa. Niestety dziwnym trafem po
środku lasu takowej stacji nie było.
Ivanowi zebrało się
na łzy. Groźny Rosja był właśnie na krawędzi wybuchu spazmatycznym płaczu, gdy
ujrzał coś genialnego, a mianowicie autobus. Osławiony PKS, w którym niemal
nigdy nie ma miejsc siedzących.
Właśnie w taki, dość
szczęśliwy sposób, Rosja znalazł się na pętli autobusowej. Teraz stał tam,
rozpaczliwie próbując siłą woli zmienić godzinę, widniejącą na tablicy
odjazdów.
Jego autobus miał
odjechać dopiero za 20 minut! Przecież jego mały Arti nie mógł na tyle zostać
sam! Na pewno teraz stał samotnie w lesie z pustą kabiną, smutnymi,
znieruchomiałymi kołami i gąsienicami zabrudzonymi ziemią. Przecież właśnie
tego wieczot mieli odbyć wizytę w myjni, gdzie drogi Ivan mógłby potajemnie
powytulać swój fetysz, którym stał się czołg, noszący imię miłości jego życia.
W oczach chłopaka
znowu zakręciły się łzy. W ciągu swego 27 letniego nigdy nie był tak blisko
płaczu jak w ciągu najbliższych godzin! No oczywiście nie można tu wspomnieć o
jego ukochanej piszczącej kaczuszce, z którą zawsze się mył i którą zabierał w
delegację… Dziwnym trafem kaczka miała na imię Król Artur I. Fioletowooki
musiał kaczce urządzić pogrzeb po tym, jak Francja użył Artura I do ulżenia
sobie w potrzebach fizjologicznych. Ivan miał wtedy depresję przez tydzień… No
o innych przedmiotach lepiej już nie myśleć. Taki nieszczęsny Drzewek Arturian
mógłby się obrazić…
Zrezygnowany Ivan
osunął się na kolana z niebezpiecznie drżącą wargą.
Właśnie zamierzał
unieść głowę do nieba i zacząć krzyczeć, nie zważając na innych cywilów, gdy
usłyszał głos z jego snów. Łagodny, spokojny i pełen niepokoju. Dla Ivana to
było niczym objawienie. Już niemal słyszał te piękne „Alleluja” w tle.
- Czy mogę ci w czymś pomóc?
Niby zwykłe słowa, a
potrafią zmienić tak wiele…
Koniec części I

Świetnie napisane. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńŚwietna sprawa. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuń