piątek, 19 września 2014

RusUk część 1 "Mały Arti"

Ivan stał z przerażoną miną na przystanku, wpatrując się rozszerzonymi do granic możliwości oczami w rozkład jazdy. Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał ową tabliczkę zniszczyć, bądź przejechać, rozdeptać, spalić i rozwiać na cztery strony świata za to, co mu zrobiła.
 A jak do tego wszystkiego doszło? To długa i wręcz nieprawdopodobna historia. A było to tak…
 Rosja zadowolony z siebie, wpatrzył się w wypolerowany własnoręcznie czołg, pękając z dumy. Jego „Mały Arti” prezentował się świetnie z wymalowaną na lufie flagą Angli. Rozczulony mężczyzna poklepał po gąsienicy swoje „maleństwo” i wsiadł do środka by udać się na codzienną przejażdżkę z substytutem jego ukochanego.
- No już, moje maleństwo, już Arturku mój drogi jedziemy.- Mówił do czołgu pieszczotliwie, zamykając za sobą właz. Nikt, ale to nikt nie posądzał groźnego, wielkiego Ivana o coś takiego. A już tym bardziej nikt nie posądzał go o wielką miłość do pana Arthura Kirklanda. W końcu byli wrogami. Ba, prowadzili wojnę, rywalizowali ze sobą w szachach i innych grach takich jak „monopoli”, czy też tenis. Któż to wiedział, że serce Ivana od dawna należało do niepozornego Anglii?
 Po niecałej godzinie jazdy przez las zdarzyła się rzecz przeokropna, która doprowadziła drogiego Rosję na skraj depresji. Jego ukochany stanął w środku lasu! Skończyło się im … paliwo. Przez to przed białowłosym powoli tworzyła się wizja wracania do jego domku wypoczynkowego na piechotę. Wielki Ivan miał wracać do domu na PIECHOTĘ!
 Na szczęście dumnemu posiadaczowi fioletowych oczu przyszedł do głowy pomysł otworzenia telefonu i sprawdzenia zasięgu, który O ZGROZO był. I to aż dwie kreski!
 Szczęśliwy Ivan wystukał numer pomocy drogowej, kompletnie ignorując fakt, że znajdował się w środku lasu, a pomoc drogowa zwykle pomagało w naprawie samochodów, a nie wielkich, błyszczących czołgów.
 Gdy w końcu nadjechał długo wyczekiwany pojazd białowłosy niemal podskoczył z radości, jakże wielki zawód go czekał, gdy wystraszeni cywile, widząc „Małego Artiego” wpadli w popłoch i wtepędy uciekli gdzie pieprz rośnie.
 Ivan momentalnie poczerwieniał, widząc takie zachowanie. Zaczął biec za autem przez las pełen pokrzyw, tak, pokrzyw, krzycząc głośno „tavariszu, stójcie!”. Oczywiście spanikowana pomoc drogowa nie usłuchała, a przyspieszyła jedynie tempo ucieczki. Nawet nie dali sobie wytłumaczyć, że Rosji potrzebne jest paliwo do jego ukochanego czołgu.
 Fioletowooki się dzielnie nie poddawał dalej pędząc przez las. Bo czego by nie zrobił dla swojego małego „Artura”, który czekał na choćby kroplę życiodajnego paliwa?
 Czemu ta niewinna przejażdżka musiała się tak skończyć? Przecież tak dobrze przejeżdżało się im czerwone muchomory!
 W końcu zdyszany Rosja potknął się o krawężnik, który pojawił się niewiadomo skąd i niewiadomo kiedy, ryjąc twarzą o ziemię tuż przed asfaltem. Od razu po okolicy rozniosły się wrzaski cierpiącego Ivana, który groził temu złemu światu wywołaniem III wojny światowej, poniszczeniu wszystkich krawężników świata swymi czołgami i wystrzelaniem pracowników pomocy drogowej kałasznikami.
 Przygnębiony białowłosy po jakimś czasie podniósł się ze ściółki leśnej, otrzepał mundur z liści i łaskawie rozejrzał po okolicy. Podświadomie szukał dużego napisu „Shell”, jego ukochanej i zaufanej stacji paliw, która po uczciwej wymianie gróźb na paliwo uratowałaby honor jego maleństwa. Niestety dziwnym trafem po środku lasu takowej stacji nie było.
 Ivanowi zebrało się na łzy. Groźny Rosja był właśnie na krawędzi wybuchu spazmatycznym płaczu, gdy ujrzał coś genialnego, a mianowicie autobus. Osławiony PKS, w którym niemal nigdy nie ma miejsc siedzących.
 Właśnie w taki, dość szczęśliwy sposób, Rosja znalazł się na pętli autobusowej. Teraz stał tam, rozpaczliwie próbując siłą woli zmienić godzinę, widniejącą na tablicy odjazdów.
 Jego autobus miał odjechać dopiero za 20 minut! Przecież jego mały Arti nie mógł na tyle zostać sam! Na pewno teraz stał samotnie w lesie z pustą kabiną, smutnymi, znieruchomiałymi kołami i gąsienicami zabrudzonymi ziemią. Przecież właśnie tego wieczot mieli odbyć wizytę w myjni, gdzie drogi Ivan mógłby potajemnie powytulać swój fetysz, którym stał się czołg, noszący imię miłości jego życia.
 W oczach chłopaka znowu zakręciły się łzy. W ciągu swego 27 letniego nigdy nie był tak blisko płaczu jak w ciągu najbliższych godzin! No oczywiście nie można tu wspomnieć o jego ukochanej piszczącej kaczuszce, z którą zawsze się mył i którą zabierał w delegację… Dziwnym trafem kaczka miała na imię Król Artur I. Fioletowooki musiał kaczce urządzić pogrzeb po tym, jak Francja użył Artura I do ulżenia sobie w potrzebach fizjologicznych. Ivan miał wtedy depresję przez tydzień… No o innych przedmiotach lepiej już nie myśleć. Taki nieszczęsny Drzewek Arturian mógłby się obrazić…
 Zrezygnowany Ivan osunął się na kolana z niebezpiecznie drżącą wargą.
 Właśnie zamierzał unieść głowę do nieba i zacząć krzyczeć, nie zważając na innych cywilów, gdy usłyszał głos z jego snów. Łagodny, spokojny i pełen niepokoju. Dla Ivana to było niczym objawienie. Już niemal słyszał te piękne „Alleluja” w tle.
- Czy mogę ci w czymś pomóc?
 Niby zwykłe słowa, a potrafią zmienić tak wiele…


Koniec części I



2 komentarze: