- Czy mogę ci w czymś pomóc?- Koło niemalże zalanymi łzami
Ivana, przysiadł Arthur. Jak na zawołanie białowłosy zaczął wpatrywać się jak
urzeczony w swego oblubieńca o włosach niczym łany zbóż, które okalały
zarumienione wzgórza policzków. Rozmarzony Rosja przejechał wzrokiem po
malinowych wargach Anglii, jego małym, zadartym nosku, ślicznych łukach
brwiowych, by w końcu zakończyć wędrówkę na Tych oczach. Wyglądały one jak para
soczysto zielonych szmaragdów w obwódkach niesamowicie długich, jasnych
rzęsach.
Dla Ivana świat przez
niesamowicie długą chwilę przestał istnieć.
Zmartwiany tym
znieruchomieniem Arthur położył dłoń na jego ramieniu, zapewne nie rozumiejąc
dlaczego jego „wróg nr.1” zareagował w taki sposób na to pytanie. Aż tak go nie
lubił?
- Ivan, co się stało?- Spytał łagodnie. Tym samym przyjął
ton głosu, jakim zwracał się do malusiej myszki, mieszkającej pod jego łóżkiem.
Nie zapominajmy, że myszka miała na imię zgredek, piła z Anglią herbatki i
zajadała ser w najmniej dostosowanych do tego momentach.
- Arthuuuuur!- Wyjęczał Rosja zbolałym głosem. Od razu
rzucił się na ukochanego, wpadając w jego ramiona i tym samym, przewracając ich
dwójkę na nieco twardy chodnik. Zaczął chlipać.- Nikt mnie nie lubi! Nikt mnie
nie kocha! Ten świat jest zły, a moja zabawka się zepsuła!- Wyryczał, skarżąc
się mu dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy znalazł swoją kaczusię umazaną czymś
białym i niesamowicie lepkim.
-Już dobrze. Nie
płacz. Ćśśśśśśś.- Blondyn z uporem zachowywał spokojny ton głosu, w duchu
żałując, że nie wziął na spacer kilku paczek chusteczek. W tedy jego koszula
nie byłaby rzęsiście skraplana łzami białowłosego.
Mimo, że większy od
zielonookiego mężczyzna dociskał go do zimnej powierzchni kafelków nie
przeszkadzało mu to. Gładził umięśnione plecy fioletowookiego, cierpliwie
czekając aż ten się uspokoi.
- Arthi… Mój mały Arti czeka tam w lesie sam i cierpi.-
Wyjęczał, zapominając że miał się nie przyznawać Kirklandowi do tego, że niemal
każda rzecz w jego arsenale, garażu i pokoju nosi zdrobnienia, bądź zgrubienia
imienia Arthur, a czasami też zdrobnienia jego nazwiska.
- Ivan, ćśśśś, przecież jestem tu, przy tobie i w cale nie
cierpię.- Wytłumaczył mu cierpliwie blondyn. Oczywiście nie zrozumiał, że jego
wróg mówił o czołgu, aczkolwiek jego serce zabiło szybciej, słysząc to piękne
określenie „mój”.
- Nie cierpisz? – Spytał, pociągając smętnie nosem. Gdy to
zrobił, na jego policzkach wykwitły lekkie rumieńce. Jego mózg nieskładnie
zarejestrował, że szyja Anglii bardzo kusząco pachnie i przydałoby się ją
przyozdobić paroma malinkami.
- Nie cierpię. Jest
mi wręcz miło.- Powiedział zawstydzony Arthur. W końcu czy normalnym jest, że
ktoś cię wącha? Nawet jeśli ten ktoś jest oszołamiająco przystojny?
- A kupisz mi
paliwa?- Zapytał Ivan, szepcząc te słowa wprost do ucha blondyna, który
zadrżał, czując na sobie jego oddech.
- Ymm. No dobrze.-
Blondyn poklepał białowłosego po ramieniu, nie mogąc zapanować nad galopującym
sercem.
- Da! Kocham cię!- Ivan ścisnął mocno oniemiałego chłopaka z
wielkim „bananem” na twarzy.
Zielonooki wpatrzył
się oszołomionym wzrokiem w fioletowookiego.
- Ty… Co robisz?-
Spytał, bojąc się, że zaraz mu serce z piersi wyskoczy. Spąsowiał pod wpływem
emocji.
-Ja… No… Ten tego… Bo
ja cię kocham…
Nagle Ivana ogarnął
lek, że zaraz zostanie wyśmiany, odrzucony i zmieszany z błotem. Zbladł i
zamknął oczy, czekając aż Arthur go odepchnie, a cały jego świat ulegnie
zepsuciu.
Koniec części II

Tak mi bardzo do sytuacji pasowało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz